maja 15, 2009

Bez koloru.



Tydzień pomału dobiega końca. Cieszę się na wspólny weekend choć zapowiada się on bardzo pracowicie. Wróciłam do mojej plan listy i powolutku odfajkowuję poszczególne punkty. Dziś na kilka godzin przyszła niania (juhu!). Rozpoczęłam pracę z moimi nowymi (super, extra) ołówkami - są takie świetne bo wodorozpuszczalne. Najmiększy z nich ma grubość 8b i można nim zrobić mocną czerń. Pierwszy szkic jest do nowego obrazu z kapelusznikiem, który gdzieś tam błąka się po mojej głowie. Dawno już nie pracowałam w ten sposób z ołówkiem i było to miłe odświeżenie warsztatu. Odnajduję jakąś dawną Ja smarującą tuszem, węglem i ołówkiem, odbijającą czarne palce na białym papierze. Denerwowało mnie to wtedy bardzo, gdyż lubię przejrzystość i czystość na kartce. Cóż, poczułam ledwie uchwytny zapach przeszłości i odkryłam gdzieś porzuconą garstką wspomnień.
A po południu idę po kalosze. W lipcu czwarty raz z rzędu jedziemy w pewne agroturystyczne (cudowne) miejsce i tym razem postanowiłam, że będę mieć odpowiednie, błoto odporne obuwie. A co! Staśkowi też zakupię i będziemy razem chodzić na ślimaki.
Miłego weekendu

2 komentarze:

  1. Czarujesz, czarujesz...
    Pierwsza ilustracja wbiła mnie w fotel!
    zwłaszcza , że teraz można kupić kalosze w kwiatki, w kropki czy w inne piękne motywy :)

    OdpowiedzUsuń